Złoty sekret Wuja Sama

Jeśli obserwujecie fanpage to kilka wycieczek do Mennicy Państwowej w Warszawie już odbyliście. Zaglądaliśmy już również do mennicy w Filadelfii, ale tylko punktowo, na potrzeby chociażby ustalenia historii Żniwiarek z numerkami („Pierwsze z Filadelfii”). Tam też mogliście już zobaczyć zdjęcie wykonane w sierpniu 1924 roku, a wykorzystane ponownie w centralnej części artykułu będącego przewodnikiem dzisiejszej wycieczki po filadelfijskiej mennicy. Tym razem cofamy się do lat wielkiego kryzysu, a o sekretach Wuja Sama dotyczących bicia monet opowie nam korespondent czasopisma „Na szerokim Świecie” (19 kwietnia 1931) Lewis Croosh. Miłego zwiedzania!

Z pozdrowieniami,

Krzysztof Kitzmann

Źródło:Na Szerokim Świecie R.4, nr 16 (19 kwietnia 1931), polona.pl

Złoty sekret Wuja Sama

Udało mi się otrzymać pozwolenie zwiedzania jednej z mennic, w której amerykański Wuj Sam wybija swoje monety. Było to w Filadelfji. Dodano mi przewodnika w kobiecej postaci – na moje szczęście bardzo rozmownej złotowłosej „miss”, bardzo przejętej swą misją.

- Oto kolebka dolara – zapowiedziała z emfazą w chwili, gdy nasz błyszczący Chrysler zatrzymał się przed gmachem mennicy państwowej.

- Tu dolar się rodzi, stąd wypływa w świat, by niszczyć i tworzyć – burzyć i budować – aby zdobywać wszystko i wszystkich…

Przed nami wznosił się dwupiętrowy gmach, zajmujący powierzchnię przeszło 5.000 m2, zbudowany w znanym stylu, jednakowym dla wszystkich budynków rządowych Stanów Zjednoczonych.

Gdzie się rodzą dolary.

Z dwunastu mennic, jakie posiada ojczyzna dolara w miastach: Filadelfja, San Francisco, Nowy Orlean, Nowy York, Carson, Denver, Helena, Boise, Charlotte, St. Louis, Deadwood i Seattle – tylko trzy odgrywają właściwą rolę mennic, bijących państwową monetę amerykańską.

Filadelfia ze względu na swe centralne położenie, San Francisco, jako rządowy skarbiec złota, płynącego z Alaski, wreszcie Nowy Orlean, jako zasilany kruszcem, wydobywanym w Górach Skalistych.

Frontowe ubikacje – objaśniła towarzyszka – zajęte przez biura, właściwa mennica mieści się w tyle. Natomiast za magazyny do przechowywania gotowego „towaru” (westchnąłem) służą podziemia, wyposażone w najnowsze urządzenia, chroniące przed wizytą nieproszonych gości.

- Czy mocne? Niech panu wystarczy tylko ten jeden szczegół, że do ubezpieczenia tych podziemnych skarbców zużyto 1,500.000 kilogramów stali.

Weszliśmy do wnętrza. Bilecik mego cicerona zrobił swoje. W kilka chwil potem siedzieliśmy w wygodnych fotelach, słuchając informacyj udzielanych nam łaskawie przez generalnego sekretarza mennicy.

- Mennica nasza, założona przez Kongres w r. 1792, jest największą w Stanach Zjednoczonych – zaczął nasz gospodarz. – Sztance i maszyny poruszane były z początku siłą rąk ludzkich. Parę zastosowano tu po raz pierwszy w r. 1836. W miarę postępu techniki ulepszaliśmy również nasze maszyny tak, że dziś pod względem rozmiarów i urządzeń technicznych możemy, skromnie mówiąc, wytrzymać konkurencję ze wszystkiemi mennicami świata i „bijemy” dolarki „jak złoto”.

Mimo to nie ustajemy w pracy nad modernizowaniem naszego inwentarza. Nie tak dawno, jak usunęliśmy opalane węglem piece do topienia metali, zastępując je siedemnastoma topiarkami gazowemi, każda o pojemności przeszło 100 kg złota i wydajności co najmniej pięciu topień w czasie 8-godzinnej szychty roboczej. Również proces oczyszczania leizny od wszelkich niepotrzebnych składników posunęliśmy do granic prawie że idealnych.

- Pytają państwo jak powstaje moneta – zatem w porządku chronologicznym zaczniemy najpierw od stempla.

- Istnieją dwie metody sporządzania stempli. Pierwsza z nich, starsza, polega na tem, że wzór naturalnej wielkości odbija się na płytce stalowej, powleczonej cienką warstwą specjalnego wosku. Uzyskane tym sposobem kontury rysunku wyrabia się przy pomocy precyzyjnych narzędzi rytowniczych.

Przy metodzie drugiej proceder jest nieco dłuższy, ale też i wyniki są bez porównania lepsze. Sporządza się mianowicie model woskowy kilkakrotnie większy od monety, dla której ma być wykonany stempel. Z modelu tego robi się drogą galwanizacyjną kopję metalową, z tej ostatniej zaś przy użyciu specjalnego aparatu pomniejszającego, wychodzi żądanej wielkości negatyw, w którym najdrobniejsze szczegóły rysunku występują czysto i wyraźnie. Hartowanie stempla kończy pierwszą fazę prac przygotowawczych do fabrykacji monet.

Tam, gdzie pada złoty deszcz

- Przechodzimy do właściwej mennicy.

Przedstawię państwu produkcję monet złotych, jako najciekawszą a zarazem najbardziej typową w tej dziedzinie.

Z pieców i urządzeń rafinujących wychodzą sztaby złota o odpowiednich wymiarach, wadze i zawartości czystego kruszcu. Sztaby te przepuszcza się następnie przez dwa walce, które je prasują, nadając im równocześnie żądaną grubość. Czynność tę powtarza się kilkakrotnie, zależnie od rodzaju monet. Walce nadają sztabom postać wstążek złotych, które w dalszym ciągu produkcji idą pod sztancę. Tu wycina się z nich tzw. plansze: są to krążki, odpowiadające średnicą przyszłej monecie.

- Następna czynność, to oczyszczanie krążków z tłuszczu, płukanie w wodzie oraz suszenie w specjalnych suszarkach, ogrzewanych parą.

Po tym „zabiegu kosmetycznym” dostają się plansze na stół, pod obserwację wyszkolonych robotników, którzy je ważą i dokładnie badają.

Sztuki wadliwe, względnie nie posiadające przepisanej wagi, zostają bezapelacyjnie wycofane z dalszej produkcji i wędrują z powrotem do pieców na przetopienie.

Plansze, ważące ponad przepisaną normę, poddaje się odpowiedniemu opiłowaniu po brzegach, poczem całą partję przesyła się do tzw. „milling’ów”.

Zadaniem tych ostatnich jest wykończenie brzegów, które z pod sztancy wychodzą ostre i niekiedy szorstkie na swej powierzchni. Celem wygładzenia, przesuwa się je między dwiema płytami, zaopatrzonemi w rowki o szerokości równej grubości wytwarzanej monety. Jedna z tych płyt porusza się równolegle, powodując tem samem toczenie się i wygładzanie brzegów.

Dalszy etap, to piec, gdzie „plansze” podgrzewa się do czerwoności, celem zmiękczenia metalu i uczynienia go podatniejszym na nacisk stempla. Na koniec generalne mycie w roztworze kwasu siarkowego, płukanie silnym prądem wody, wreszcie suszenie i wycieranie trocinami drzewnemi.

- Gotowe krążki idą pod prasę menniczą. Odpowiednio skonstruowanym wlotem wpada sztuka za sztuką do maszyny. Każdą z nich chwytają półokrągłe kleszcze, mające zapobiec rozszerzeniu się planszy w czasie nacisku. Następuje moment najważniejszy: pod ciśnieniem 175 tonn spada stempel, wybijając równocześnie „obie strony medalu” i oto dolar zaczyna swój żywot na tym padole, na którym znaczy tak wiele…

Nie wszystko, co się świeci…

- Z monetami srebrnemi, niklowemi i miedzianemi manipulacja jest mniej więcej taka sama – przy uwzględnieniu zmian, jakich wymagają właściwości tych metali oraz wielkośc wybijanych monet.

I tak maszyna, wybijająca srebrne monety 1-dolarowe pracuje z ciśnieniem 150 tonn, półdolarki wymagają tylko 119 tonn, 25-centówki 80, zaś do wybicia sztuk 10-centowych, czyli tzw. dimes’ów wystarczy nawet 40 tonn.

Gotowe monety złote pakuje się partjami o łącznej wartości (nie ilości) dol. 5.000 – srebrne po tysiąc.

- Co się tyczy wydajności maszyn menniczych, to biją one 80 do 100 sztuk na minutę. Im mniejszy rozmiar monety, tem szybsze tempo tłoczenia. Rekordowym pod tym względem był rok 1907, w którym mennica nasza wybiła 183,598.948 sztuk łącznej wartości 63,263.104.93 dolarów.

- Jeszcze jedno pytanie – prosiłem, widząc, że nasz interlokutor zaczyna spoglądać na zegarek – w czasie obrabiania metali spada na ziemię wielka ilość opiłek, które bądź co bądź przedstawiają też pewną wartość…

- Słuszna uwaga – brzmiała odpowiedź – ale my i o tem pomyśleliśmy. Podłogi w naszych pracowniach wykonane są z jednolitej masy, tak, że nie posiadają szczelin, w którychby odpadki złota czy też srebra mogły przepadać. Zmiata się je kilka razy dziennie, a zebrane zmiotki, zawierające poza kurzem, trocinami etc. także cząsteczki metali szlachetnych, sprzedajemy chętnym nabywcom. Przynosi to nam rocznie 15 do 18 tysięcy dolarów. Sumka, zatem, nie do pogardzenia.

- Jak pan widzi – rzekł sekretarz, ściskając mi rękę przy pożegnaniu – dolara łatwo wydać, trudniej go zrobić!

- A najtrudniej zarobić – zauważyłem, mając wciąż przed oczyma widok wynędzniałych rzesz bezrobotnych, snujących się apatycznie po ulicach miasta, gdzie do niedawna jeszcze panowała Prosperity, bogini dobrobytu.

Lewis Croosh  

Artykuł w pełnej wersji znajdziecie TUTAJ

Na koniec jeszcze krótka wizualizacja (choć niepełna):

 

P.S. A jeśli ktoś z Was jest zainteresowany prawdziwymi sekretami filadelfijskiej mennicy, to z całego serca polecam fundamentalne dzieło Roger’a W. Burdette – „From Mine to Mint”.

Komentarze

Popularne posty